You are currently browsing the tag archive for the 'meandry' tag.
“Idąc pod górę spotkać można różne obozy. Mieszkający w nich ludzie twierdzą, że tu droga się kończy. Oto dotarli oni do szczytu i teraz, co najwyżej, można okopać teren dookoła obozu i spocząć w zadowoleniu. Podążanie dalej mija się z celem, ponieważ dalsza droga nie istnieje. Gdyby jednak komuś udało się w jakiś sposób wydostać poza teren obozu, to czekać go mogą dwa odkrycia. Pierwszym będzie to, że droga wcale nie miała końca i gdzieś dalej istnieją również obozy. Są mniej liczne i mniej dostępne, ale są. Drugim odkryciem, szczególnie bolesnym, będzie zrozumienie, iż utraciło się poważanie i sympatię dawnej grupy. Jest się już tylko tym, który zbłądził, a przecież już trzymał całą prawdę za stopy.”
(Artur Marino – “Sen Brahmy”
Do tekstu wprowadziłbym tylko jedną poprawkę: poszczególne obozy rzadko uważają że już poznały całą prawdę (takie są tylko u podnóża góry), najczęściej uznają że trafiły na najlepszą ścieżkę.
Cytując słowa które właśnie wymyśliłem:
Widok z niego—jeden.
Dróg okrężnych natomiast—wiele minus jeden.”
Co za szczęście, że większość ludzi na tym świecie trafiła akurat na tę właściwą!
Łatwo ulec przekonaniu, że nasza droga jest tą najprostszą. Przecież działa! (Tajemnica stulecia: inne też działają. To dlatego inni na nich są.) I dokładnie nas wyraża, w każdym najdrobniejszym aspekcie, i umożliwa nam rozwój dokładnie taki jaki chcemy i—
Problem z rozwojem polega na tym, że się wzrasta.
Problem ze wzrostem polega na tym, że u każdego jest on inny.
Gdyby naprawdę u każdego wzrost przebiegał tak samo, już dawno mielibyśmy ustandaryzowane poziomy duchowości, z kilkoma możliwościami wyboru na każdej. (”I jak tam twój egzamin na trzecie wtajemniczenie?” “No wyobraź sobie że zrobiłem wszystko tak jak trzeba, a oblał mnie bo zapomniałem na początku wezwać opiekuna duchowego! A tak bardzo chciałem przejść na sufizm…”)
W rzeczywistości jest jednak inaczej—moja wolność może być twoim więzieniem, choć za pięć lat sprawa może się odwrócić. Jedni doznają skoku duchowego kiedy uznają istnienie Boga, inni wzlatują jak rakieta gdy uwolnią się od przekonania że istnieje jakikolwiek Bóg. Nie ma reguł, zakresów od–do, nie ma łatwych kategorii. Jest natura, jest życie. Płynące, spontaniczne, ukierunkowane ale nie uporządkowane.
Jeśli natomiast nadal czujesz że powinieneś pójść dalej, ale boisz się że ta droga będzie błędem, przemyśl:
Radość istnieje jako uczucie: głęboki, pozbawiony przyczyny, spokojny stan.
Radość istnieje też jako emocja: euforyczne uniesienie, wywołane jakimś wydarzeniem.
Ta druga istnieje w specyficznej odmianie, którą określam mianem radości kontrastowej.
Radość tę odczuwamy kiedy pojawia się coś, na co — w naszym mniemaniu — nie zasługujemy. Piątka (lub szóstka) w totka, niespodziewany awans wiążący się z dwukrotną podwyżką, książę z bajki który odwzajemnia nasze uczucie, to tylko kilka przykładów. Tu radość wzmacnia kontrast z tym do czego przywykliśmy, stan “o-rany-nie-mogę-w-to-uwierzyć!”, wznosząc nas na pozornie niezwykłe szczyty.
No właśnie — pozornie. Radość kontrastowa jest sztucznie podsycana naszymi wyobrażeniami o tym, na co zasługujemy. Nie płynie z naszego wnętrza, nie jest spontaniczna. To radość z dodanymi sztucznymi barwnikami, które potencjalnie mogą być bardzo szkodliwe.
Problemy z radością kontrastową:
- Umacnia poczucie niezasługiwania. Nie mogę się przecież przyzwyczaić, prawda? Gdyby to się stało, znikęłyby emocje czyniące tę radość tak wyjątkową.
- Tworzy sztuczne granice. Skoro cały czas muszę żyć w przekonaniu że nie zasługuję na to co mam, to znaczy że wszystko lepsze jest całkowicie poza moim zasięgiem. Z czasem przestaję sobie to lepsze wyobrażać lub nawet je postrzegać, aby przypadkiem nie zrzucić z cokołu mojego aktualnego powodu radości.
- Uzależnia od emocji, znieczula na uczucia. Dzięki tej radości odczuwam tak mocnego kopa, że przestaję zwracać uwagę na delikatniejsze odczucia. Siła moich odczuć zaczyna przeważać nad ich jakością.
- Uzależnia od przyczyny radości. Poczucie niezasługiwania wywołuje lęk przed stratą, z powodu którego trzymam się kurczowo mojego obiektu. Problem pojawi się kiedy zechcę pójść dalej, a moja podświadomość nadal będzie przywiązana do tego. Prawdziwy problem pojawi się zaś kiedy przeważy lęk, który…
- Powoduje odpychanie obiektu. To najważniejsza sprawa. Podświadomość która uważa że nie zasługuję na coś, będzie mnie od niego oddalać, w końcu może i nawet skutecznie. A wtedy, przy tych wszystkich ograniczeniach i uzależnieniach, dopiero zaboli! Bo przecież gdzie ja znajdę choćby w połowie tak wspaniały …… ?
Uzależnienie od radości kontrastowej bardzo przypomina uzależnienie od zakochania i zauroczenia. Nic dziwnego, bo również opiera się na dążeniu do łatwych do osiągnięcia i intensywnych wrażeń. Szkoda tylko że to dążenie odbywa się kosztem nas i jakości naszego życia.
Jak skutecznie wykorzystać radość kontrastową?
Kiedy spadnie ci gwiazdka z nieba, ciesz się nią! Ale rób to przytomnie i świadomie, obserwując swoje granice. Pozwól aby się poszerzyły, rozgrzej je energią entuzjazmu — i naciągnij ile się da! Dostałeś az taką podwyżkę? Świetnie, to może następnym razem będzie i dwukrotnie większa! Dostrzeż co nowego możesz teraz robić, jakie będzie twoje życie od teraz, jak wygląda przyszłość, i co najważniejsze — dostrzeż siebie w niej. Nowego, mądrzejszego, bardziej otwartego siebie, który zamiast szaleć jak pijany zając w kapuście, dostał swoją niesamowitą szansę i dobrze ją wykorzystał.
“Pisanie wcale nie sprawia mi przyjemności. Jeśli uda mi się zbagatelizować jakiś pomysł, zapomnieć o nim, jeśli uda mi się nie otworzyć mu drzwi, nie sięgam nawet po ołówek.
Jednak od czasu do czasu frontowa ściana mojego domu wylatuje w powietrze, eksploduje deszczem szkła, cegieł, drzazg, a potem ktoś ostrożnie stąpa po rumowisku, podchodzi do mnie, chwyta mnie za gardło i cicho mówi: «Nie puszczę cię, jeśli nie ujmiesz mnie w słowa, tu, na papierze».”
(Richard Bach - “Iluzje, czyli człowiek który nie chciał być mesjaszem”)
Prekursor tego bloga powstał bardzo szybko: biorę bloga prywatnego, wycinam osobiste notki, zostawiam same inspiracje, wycinam archiwum, siostro defibrylator iii… już. Pacjent, pomimo braku większości organów, żyje.
Nie trwało to długo. Wielkim wysiłkiem wycisnąłem z siebie kilka postów, po czym blog umarł śmiercią naturalną, na — jak wówczas sądziłem — brak inspiracji.
Ten blog, dla odmiany, powstawał w ślimaczym tempie: o, przydałoby się założyć publicznego bloga — minęło kilka miesięcy — dobra, użyję wordpressa, tylko go zainstaluję — kolejne kilka miesięcy — hmm, potrzebuję wykupić domenę, a nie mam nazwy — i jeszcze kilka miesięcy… Wreszcie nadszedł błysk ispiracji kiedy zrozumiałem to coś i nagle wielomiesięczne problemy rozwiązały się w jeden dzień. Bo wreszcie przestałem sobie przeszkadzać.
Jak do tego doszło?
Przede wszystkim kocham słowa. Nie jest to ognisty i przelotny romans, albo miłość która wyrosła w młodzieńczym wieku. To spokojny, głęboki stan, który trwał od kiedy jestem w stanie sięgnąć pamięcią. (To rozróżnienie jest ważne, ponieważ tego typu “odwieczne” pasje czasem trudno zauważyć, wydają się tak naturalną i oczywistą częścią naszego życia jak oddychanie. A jak można realizować się w oddychaniu?)
Słowa zaatakowały — w sposób niewiele różny od cytatu na początku notki — z początkiem tej wiosny. Tym razem nie było możliwości się im oprzeć: musiałem zacząć pisać coś nie do szuflady, a najlepiej z pożytkiem dla innych.
Wreszcie nadeszło zrozumienie tego czegoś: za bardzo oceniałem swojego poprzedniego bloga. Tak bardzo chciałem pisać odpowiednio i trafić do odbiorcy, że pominąłem… siebie. A nie wolno oceniać tego, co robimy z serca.
Dla działania płynącego z serca nie ma ważniejszej nagrody niż ono samo. Owszem, podziękowania czy korzyści materialne są przyjemne, ale nie mogą stać się głównym motorem. Nie możemy postawić ponad naszą radość ani oceny innych, ani sztuki przez duże S, ani nawet przydatności — robimy to z siebie, od siebie i dla siebie. Tu właśnie tkwił mój błąd: próbowałem wyjść od strony użyteczności dla innych. A ja przede wszystkim kocham to, kiedy słowa płyną same, kiedy “coś” prowadzi mnie tym zielonym, żywym ich strumieniem. Nie doświadczam tego pisząc suche poradniki — to dla mnie prawie jak pisanie umów pismem prawniczym. (”Pozytywna świadomie kultywowana myśl mająca na celu zmianę osobowości, poniżej określana jako AFIRMACJA zobowiązuje się do dokonania następujących zmian w umyśle ADEPTA, dwukropek, paragraf pierwszy, ma pani wszystko pani Steniu?”)
Można powiedzieć że zależnie od dziedziny w której chcemy się realizować, należy wziąć poprawkę. Jeśli np. moją pasją jest projektowanie mostów, będę musiał zrezygnować z mahoniu i kości słoniowej na rzecz betonu i stali, bo z założenia mosty mają służyć innym w sposób bezpieczny. Podobnie jeśli chcę aby moje wiersze wyszły poza moją szufladę, będę musiał pozbyć się rymów częstochowskich. I to jest prawda, bo nawet jeśli uważamy nasze dzieła i pomysły za najpiękniejsze, warto nieco ochłonąć i przyjrzeć się im na spokojnie. Co zaś zrobić, gdy okaże się że nawet przy najbardziej przytomnym podejściu mahoń wcale nie chce zniknąć, a rymy częstochowskie dumnie siedzą w wersach?
Rozwiązanie jest proste: pozostawić je tam! Może jakiś miliarder zechce mieć mahoniowy most nad swoim prywatnym kawałkiem rzeki, może przez prostotę swoich wierszy zostanę Nikiforem poezji? Jeśli czuję że tak powinno być — słucham, niezależnie od wszystkiego! W internecie jest sporo tego typu przykładów. Wiele z nich przełożyło się na wartość finansową!
Oczywiście i tu należy zachować rozsądek i patrzeć przytomnie. Czy mahoń naprawdę wygląda pięknie, czy tylko kojarzy mi się z przepychem? Czy rymy częstochowskie nie biorą się z moich kompleksów, że nigdy nie będę w stanie opanować zabawy językiem? Warto rozróżnić między słuchaniem serca a dogmatyczną obroną strefy komfortu.
Nawet jeśli się nie uda, to podążyłem ścieżką własnego serca i spełnienia, a to nigdy nie jest bezowocne. Zapewne nauczyłem się po drodze czegoś cennego i to co robię stanie się lepsze. Przede wszystkim zaś — nigdy nie zszedłem ze swojej własnej ścieżki.
Bo na dobrą sprawę, poza naszą ścieżką nie ma dla naszego serca nauki.
