“Pisanie wcale nie sprawia mi przyjemności. Jeśli uda mi się zbagatelizować jakiś pomysł, zapomnieć o nim, jeśli uda mi się nie otworzyć mu drzwi, nie sięgam nawet po ołówek.
Jednak od czasu do czasu frontowa ściana mojego domu wylatuje w powietrze, eksploduje deszczem szkła, cegieł, drzazg, a potem ktoś ostrożnie stąpa po rumowisku, podchodzi do mnie, chwyta mnie za gardło i cicho mówi: «Nie puszczę cię, jeśli nie ujmiesz mnie w słowa, tu, na papierze».”

(Richard Bach - “Iluzje, czyli człowiek który nie chciał być mesjaszem”)

Prekursor tego bloga powstał bardzo szybko: biorę bloga prywatnego, wycinam osobiste notki, zostawiam same inspiracje, wycinam archiwum, siostro defibrylator iii… już. Pacjent, pomimo braku większości organów, żyje.

Nie trwało to długo. Wielkim wysiłkiem wycisnąłem z siebie kilka postów, po czym blog umarł śmiercią naturalną, na — jak wówczas sądziłem — brak inspiracji.

Ten blog, dla odmiany, powstawał w ślimaczym tempie: o, przydałoby się założyć publicznego bloga — minęło kilka miesięcy — dobra, użyję wordpressa, tylko go zainstaluję — kolejne kilka miesięcy — hmm, potrzebuję wykupić domenę, a nie mam nazwy — i jeszcze kilka miesięcy… Wreszcie nadszedł błysk ispiracji kiedy zrozumiałem to coś i nagle wielomiesięczne problemy rozwiązały się w jeden dzień. Bo wreszcie przestałem sobie przeszkadzać.

Jak do tego doszło?
Przede wszystkim kocham słowa. Nie jest to ognisty i przelotny romans, albo miłość która wyrosła w młodzieńczym wieku. To spokojny, głęboki stan, który trwał od kiedy jestem w stanie sięgnąć pamięcią. (To rozróżnienie jest ważne, ponieważ tego typu “odwieczne” pasje czasem trudno zauważyć, wydają się tak naturalną i oczywistą częścią naszego życia jak oddychanie. A jak można realizować się w oddychaniu?)
Słowa zaatakowały — w sposób niewiele różny od cytatu na początku notki — z początkiem tej wiosny. Tym razem nie było możliwości się im oprzeć: musiałem zacząć pisać coś nie do szuflady, a najlepiej z pożytkiem dla innych.

Wreszcie nadeszło zrozumienie tego czegoś: za bardzo oceniałem swojego poprzedniego bloga. Tak bardzo chciałem pisać odpowiednio i trafić do odbiorcy, że pominąłem… siebie. A nie wolno oceniać tego, co robimy z serca.

Dla działania płynącego z serca nie ma ważniejszej nagrody niż ono samo. Owszem, podziękowania czy korzyści materialne są przyjemne, ale nie mogą stać się głównym motorem. Nie możemy postawić ponad naszą radość ani oceny innych, ani sztuki przez duże S, ani nawet przydatności — robimy to z siebie, od siebie i dla siebie. Tu właśnie tkwił mój błąd: próbowałem wyjść od strony użyteczności dla innych. A ja przede wszystkim kocham to, kiedy słowa płyną same, kiedy “coś” prowadzi mnie tym zielonym, żywym ich strumieniem. Nie doświadczam tego pisząc suche poradniki — to dla mnie prawie jak pisanie umów pismem prawniczym. (”Pozytywna świadomie kultywowana myśl mająca na celu zmianę osobowości, poniżej określana jako AFIRMACJA zobowiązuje się do dokonania następujących zmian w umyśle ADEPTA, dwukropek, paragraf pierwszy, ma pani wszystko pani Steniu?”)

Można powiedzieć że zależnie od dziedziny w której chcemy się realizować, należy wziąć poprawkę. Jeśli np. moją pasją jest projektowanie mostów, będę musiał zrezygnować z mahoniu i kości słoniowej na rzecz betonu i stali, bo z założenia mosty mają służyć innym w sposób bezpieczny. Podobnie jeśli chcę aby moje wiersze wyszły poza moją szufladę, będę musiał pozbyć się rymów częstochowskich. I to jest prawda, bo nawet jeśli uważamy nasze dzieła i pomysły za najpiękniejsze, warto nieco ochłonąć i przyjrzeć się im na spokojnie. Co zaś zrobić, gdy okaże się że nawet przy najbardziej przytomnym podejściu mahoń wcale nie chce zniknąć, a rymy częstochowskie dumnie siedzą w wersach?

Rozwiązanie jest proste: pozostawić je tam! Może jakiś miliarder zechce mieć mahoniowy most nad swoim prywatnym kawałkiem rzeki, może przez prostotę swoich wierszy zostanę Nikiforem poezji? Jeśli czuję że tak powinno być — słucham, niezależnie od wszystkiego! W internecie jest sporo tego typu przykładów. Wiele z nich przełożyło się na wartość finansową!

Oczywiście i tu należy zachować rozsądek i patrzeć przytomnie. Czy mahoń naprawdę wygląda pięknie, czy tylko kojarzy mi się z przepychem? Czy rymy częstochowskie nie biorą się z moich kompleksów, że nigdy nie będę w stanie opanować zabawy językiem? Warto rozróżnić między słuchaniem serca a dogmatyczną obroną strefy komfortu.

Nawet jeśli się nie uda, to podążyłem ścieżką własnego serca i spełnienia, a to nigdy nie jest bezowocne. Zapewne nauczyłem się po drodze czegoś cennego i to co robię stanie się lepsze. Przede wszystkim zaś — nigdy nie zszedłem ze swojej własnej ścieżki.

Bo na dobrą sprawę, poza naszą ścieżką nie ma dla naszego serca nauki.