“Miłość cierpliwa jest,
łaskawa jest.
Miłość nie robi tego,
ani tego, ani owego,
za to jest taka, taka a nawet siaka;
jest odtąd dotąd,
takiego koloru,
a waży dokładnie tyle(…)

(Jakiś martwy facet — “Hymn o tym co mam w głowie”)

Jak łatwo ludzie szafują dużymi słowami: miłość, radość, wolność, szczęście. “Pomedytowałem, wiem co to miłość.” “Ta książka pomogła mi zrozumieć czym jest prawdziwa radość.” “Przeafirmowałem sobie szczęście.”

Wszystko jest takie proste: biorę to co czułem od zawsze, powiększam, powiększam, powiększam (trochę to trwa, jako że muszę moją radość rozciągnąć do nieskończonych rozmiarów) i bach, jest. Radość bezwarunkowa, cecha urzeczywistnienia, przejawiona dzięki temu że w tramwaju przegapił mnie kanar a w sklepie mieli akurat wykreowane przeze mnie spodnie — i to w promocji!

Oczywiście poprzedni przykład jest przyziemny. Weźmy więc bardziej duchowy: biorę miłość do rodziców i pieska, powiększam (znów do nieskończoności — oj, to może zająć nawet kilka miesięcy), zmieniam (o, teraz już nie szuka poklasku i nie unosi się pychą, wszystko zgodnie z rysunkiem 5a) i bach, miłość wręcz godna świętego. A tak wzniosła że ba, orzeł żaden nie doleci!

Sporo mądrych ludzi mówiło że należy uwolnić się z iluzji dualizmu, że dualizm to domena naszej ziemskiej rzeczywistości, natomiast w sferze Ducha nic takiego nie istnieje. Sporo nieco mniej mądrych ludzi doszło do wniosku że można tego dokonać siłą woli, biorąc jeden z biegunów dualizmu i pompując go do oporu.

W ten sposób można stworzyć sobie jedynie zabawki (no dobrze — również narzędzia), ale nie można osiągnąć tego co prawdziwe. Prawdziwych cech urzeczywistnienia nie da się wypracować ani wymyślić, bo ten proces zawsze następuje w opozycji do czegoś. Owszem, lepiej żyć ze sztuczną miłością niż z, dajmy na to, niechęcią do świata, ale należy pamiętać że to tylko tymczasowe narzędzie, które potem przyjdzie wywalić.

Jak się wykracza poza dualizm?
Bierze się poduszkę, podkłada się ją pod swoje cztery litery, siada się na niej i się medytuje. Się patrzy na siebie, na to całe przereklamowane “ja”, aż w pewnym momencie, za którymś razem, zniknie “ja” i pojawi się “aha”.
Aha, to wszystko “złe” naprawdę jest tylko moją interpretacją!
Aha, rzeczywiście cała moja dotychczasowa miłość była tworzona w opozycji do bólu!
Aha, to miłość poza dualizmem jest równie oczywista jak w naszym świecie grawitacja — i wymaga tyle samo pracy aby ją przejawić!
Aha, czyli gdy tylko wydostanę się poza to ciasne wyobrażenie pod tytułem “ja”, te wszystkie cechy urzeczywistnienia pojawią się same z siebie!

Bo tak naprawdę ta cała praca nad wypracowaniem w sobie cech urzeczywistnienia nie jest nawet stawianiem fundamentów na których staną te prawdziwe — przypomina raczej budowanie teleskopu przez który się je dostrzeże.

A trzeba być naprawdę konkretnie zaślepionym, żeby teleskop pomylić z gwiazdami.

Radość istnieje jako uczucie: głęboki, pozbawiony przyczyny, spokojny stan.
Radość istnieje też jako emocja: euforyczne uniesienie, wywołane jakimś wydarzeniem.

Ta druga istnieje w specyficznej odmianie, którą określam mianem radości kontrastowej.

Radość tę odczuwamy kiedy pojawia się coś, na co — w naszym mniemaniu — nie zasługujemy. Piątka (lub szóstka) w totka, niespodziewany awans wiążący się z dwukrotną podwyżką, książę z bajki który odwzajemnia nasze uczucie, to tylko kilka przykładów. Tu radość wzmacnia kontrast z tym do czego przywykliśmy, stan “o-rany-nie-mogę-w-to-uwierzyć!”, wznosząc nas na pozornie niezwykłe szczyty.

No właśnie — pozornie. Radość kontrastowa jest sztucznie podsycana naszymi wyobrażeniami o tym, na co zasługujemy. Nie płynie z naszego wnętrza, nie jest spontaniczna. To radość z dodanymi sztucznymi barwnikami, które potencjalnie mogą być bardzo szkodliwe.

Problemy z radością kontrastową:

  1. Umacnia poczucie niezasługiwania. Nie mogę się przecież przyzwyczaić, prawda? Gdyby to się stało, znikęłyby emocje czyniące tę radość tak wyjątkową.
  2. Tworzy sztuczne granice. Skoro cały czas muszę żyć w przekonaniu że nie zasługuję na to co mam, to znaczy że wszystko lepsze jest całkowicie poza moim zasięgiem. Z czasem przestaję sobie to lepsze wyobrażać lub nawet je postrzegać, aby przypadkiem nie zrzucić z cokołu mojego aktualnego powodu radości.
  3. Uzależnia od emocji, znieczula na uczucia. Dzięki tej radości odczuwam tak mocnego kopa, że przestaję zwracać uwagę na delikatniejsze odczucia. Siła moich odczuć zaczyna przeważać nad ich jakością.
  4. Uzależnia od przyczyny radości. Poczucie niezasługiwania wywołuje lęk przed stratą, z powodu którego trzymam się kurczowo mojego obiektu. Problem pojawi się kiedy zechcę pójść dalej, a moja podświadomość nadal będzie przywiązana do tego. Prawdziwy problem pojawi się zaś kiedy przeważy lęk, który…
  5. Powoduje odpychanie obiektu. To najważniejsza sprawa. Podświadomość która uważa że nie zasługuję na coś, będzie mnie od niego oddalać, w końcu może i nawet skutecznie. A wtedy, przy tych wszystkich ograniczeniach i uzależnieniach, dopiero zaboli! Bo przecież gdzie ja znajdę choćby w połowie tak wspaniały …… ?

Uzależnienie od radości kontrastowej bardzo przypomina uzależnienie od zakochania i zauroczenia. Nic dziwnego, bo również opiera się na dążeniu do łatwych do osiągnięcia i intensywnych wrażeń. Szkoda tylko że to dążenie odbywa się kosztem nas i jakości naszego życia.

Jak skutecznie wykorzystać radość kontrastową?
Kiedy spadnie ci gwiazdka z nieba, ciesz się nią! Ale rób to przytomnie i świadomie, obserwując swoje granice. Pozwól aby się poszerzyły, rozgrzej je energią entuzjazmu — i naciągnij ile się da! Dostałeś az taką podwyżkę? Świetnie, to może następnym razem będzie i dwukrotnie większa! Dostrzeż co nowego możesz teraz robić, jakie będzie twoje życie od teraz, jak wygląda przyszłość, i co najważniejsze — dostrzeż siebie w niej. Nowego, mądrzejszego, bardziej otwartego siebie, który zamiast szaleć jak pijany zając w kapuście, dostał swoją niesamowitą szansę i dobrze ją wykorzystał.

“Pisanie wcale nie sprawia mi przyjemności. Jeśli uda mi się zbagatelizować jakiś pomysł, zapomnieć o nim, jeśli uda mi się nie otworzyć mu drzwi, nie sięgam nawet po ołówek.
Jednak od czasu do czasu frontowa ściana mojego domu wylatuje w powietrze, eksploduje deszczem szkła, cegieł, drzazg, a potem ktoś ostrożnie stąpa po rumowisku, podchodzi do mnie, chwyta mnie za gardło i cicho mówi: «Nie puszczę cię, jeśli nie ujmiesz mnie w słowa, tu, na papierze».”

(Richard Bach - “Iluzje, czyli człowiek który nie chciał być mesjaszem”)

Prekursor tego bloga powstał bardzo szybko: biorę bloga prywatnego, wycinam osobiste notki, zostawiam same inspiracje, wycinam archiwum, siostro defibrylator iii… już. Pacjent, pomimo braku większości organów, żyje.

Nie trwało to długo. Wielkim wysiłkiem wycisnąłem z siebie kilka postów, po czym blog umarł śmiercią naturalną, na — jak wówczas sądziłem — brak inspiracji.

Ten blog, dla odmiany, powstawał w ślimaczym tempie: o, przydałoby się założyć publicznego bloga — minęło kilka miesięcy — dobra, użyję wordpressa, tylko go zainstaluję — kolejne kilka miesięcy — hmm, potrzebuję wykupić domenę, a nie mam nazwy — i jeszcze kilka miesięcy… Wreszcie nadszedł błysk ispiracji kiedy zrozumiałem to coś i nagle wielomiesięczne problemy rozwiązały się w jeden dzień. Bo wreszcie przestałem sobie przeszkadzać.

Jak do tego doszło?
Przede wszystkim kocham słowa. Nie jest to ognisty i przelotny romans, albo miłość która wyrosła w młodzieńczym wieku. To spokojny, głęboki stan, który trwał od kiedy jestem w stanie sięgnąć pamięcią. (To rozróżnienie jest ważne, ponieważ tego typu “odwieczne” pasje czasem trudno zauważyć, wydają się tak naturalną i oczywistą częścią naszego życia jak oddychanie. A jak można realizować się w oddychaniu?)
Słowa zaatakowały — w sposób niewiele różny od cytatu na początku notki — z początkiem tej wiosny. Tym razem nie było możliwości się im oprzeć: musiałem zacząć pisać coś nie do szuflady, a najlepiej z pożytkiem dla innych.

Wreszcie nadeszło zrozumienie tego czegoś: za bardzo oceniałem swojego poprzedniego bloga. Tak bardzo chciałem pisać odpowiednio i trafić do odbiorcy, że pominąłem… siebie. A nie wolno oceniać tego, co robimy z serca.

Dla działania płynącego z serca nie ma ważniejszej nagrody niż ono samo. Owszem, podziękowania czy korzyści materialne są przyjemne, ale nie mogą stać się głównym motorem. Nie możemy postawić ponad naszą radość ani oceny innych, ani sztuki przez duże S, ani nawet przydatności — robimy to z siebie, od siebie i dla siebie. Tu właśnie tkwił mój błąd: próbowałem wyjść od strony użyteczności dla innych. A ja przede wszystkim kocham to, kiedy słowa płyną same, kiedy “coś” prowadzi mnie tym zielonym, żywym ich strumieniem. Nie doświadczam tego pisząc suche poradniki — to dla mnie prawie jak pisanie umów pismem prawniczym. (”Pozytywna świadomie kultywowana myśl mająca na celu zmianę osobowości, poniżej określana jako AFIRMACJA zobowiązuje się do dokonania następujących zmian w umyśle ADEPTA, dwukropek, paragraf pierwszy, ma pani wszystko pani Steniu?”)

Można powiedzieć że zależnie od dziedziny w której chcemy się realizować, należy wziąć poprawkę. Jeśli np. moją pasją jest projektowanie mostów, będę musiał zrezygnować z mahoniu i kości słoniowej na rzecz betonu i stali, bo z założenia mosty mają służyć innym w sposób bezpieczny. Podobnie jeśli chcę aby moje wiersze wyszły poza moją szufladę, będę musiał pozbyć się rymów częstochowskich. I to jest prawda, bo nawet jeśli uważamy nasze dzieła i pomysły za najpiękniejsze, warto nieco ochłonąć i przyjrzeć się im na spokojnie. Co zaś zrobić, gdy okaże się że nawet przy najbardziej przytomnym podejściu mahoń wcale nie chce zniknąć, a rymy częstochowskie dumnie siedzą w wersach?

Rozwiązanie jest proste: pozostawić je tam! Może jakiś miliarder zechce mieć mahoniowy most nad swoim prywatnym kawałkiem rzeki, może przez prostotę swoich wierszy zostanę Nikiforem poezji? Jeśli czuję że tak powinno być — słucham, niezależnie od wszystkiego! W internecie jest sporo tego typu przykładów. Wiele z nich przełożyło się na wartość finansową!

Oczywiście i tu należy zachować rozsądek i patrzeć przytomnie. Czy mahoń naprawdę wygląda pięknie, czy tylko kojarzy mi się z przepychem? Czy rymy częstochowskie nie biorą się z moich kompleksów, że nigdy nie będę w stanie opanować zabawy językiem? Warto rozróżnić między słuchaniem serca a dogmatyczną obroną strefy komfortu.

Nawet jeśli się nie uda, to podążyłem ścieżką własnego serca i spełnienia, a to nigdy nie jest bezowocne. Zapewne nauczyłem się po drodze czegoś cennego i to co robię stanie się lepsze. Przede wszystkim zaś — nigdy nie zszedłem ze swojej własnej ścieżki.

Bo na dobrą sprawę, poza naszą ścieżką nie ma dla naszego serca nauki.

“Świat
jest twoim zeszytem, stronami,
na których ćwiczysz dodawanie.
Nie jest rzeczywistością,
choć możesz w nim przedstawić
rzeczywistość,
jeśli tego chcesz.

Możesz też
pisać rzeczy pozbawione sensu
albo kłamstwa, możesz podrzeć
kartki.”

(Richard Bach - “Iluzje, czyli człowiek który nie chciał być mesjaszem”)

Niniejszym witam wszystkich odwiedzających na inauguracji mojego pierwszego bloga. Znajdziecie tu inspirujące artykuły na temat szeroko pojętego rozwoju duchowego i pracy nad sobą. Mam nadzieję że okażą się one przydatne –

W porządku — STOP!

Poprzedni akapit był oszukany. To w rzeczywistości mój drugi publiczny blog, po starczej śmierci pierwszego — której to przyczyny zamieszczę w kolejnym (i pierwszym “prawdziwym”) poście. Póki co powiem, że właśnie przez taki ton.

No dobra, to o czym będzie?
O rozwoju, duchowym i osobistym, o patrzeniu na świat, o tym jak można owe rzeczy robić inaczej, o ścieżkach: bocznych, prostych, ładnych, jedynych i obiecanych, wszystko zaś z mojej perspektywy, nie pretendującej do miana prawdy przez dowolne pe. Obejmij lub odrzuć, przemyśl lub przemedytuj, korzystaj z tego źródła inspiracji w taki sposób jak Ci odpowiada. Każdy post będzie poniekąd zamkniętą całością, bez konieczności poznania jakiejś szczególnej filozofii (choć może się zdarzyć okazjonalne pojęcie wymagające wcześniejszego zdefiniowania). Co nie znaczy że blog jest kierowany dla ludzi “zaawansowanych w duchowości” (bo termin ten ma tyle sensu co “zaawansowany w życiu”).

O czym nie?
O technikach (”Najlepszą postawą do medytacji jest ‘oumojdiskhasana’, co w sanskrycie oznacza ‘paragraf’…”), o akcesoriach, o cudach, o bóstwachświętychaniołach, o sekretach (”Już teraz możesz osiągnąć wszystko, dzięki nowej, rewolucyjnej technice zwanej ‘wyobraźnią’!”), o ludach starożytnych, o roku 2012 (cofam to — jedna będzie, bo rok 2012 to mój konik, ale konik kojarzący się bardziej z PETA niż z hobby) ani o innych tego typu bibelotach.

Więc usiądź wygodnie, włącz głowę lub serce (dla, ekhem, zaawansowanych), poczęstuj się herbatą jaśminową (może kiedy to już czytasz kupiłem wreszcie jakiś dzbanek) i zanurz w słowach — i życzę Ci abyś wypłynął z nich odświeżony i jeśli nie z całym naręczem, to chociaż z jedną połyskującą w słońcu użyteczną ideą.